„Polacy, jesteśmy z wami” i „nic się nie stało” – dwa zdania, które nie wymagają tłumaczenia. Dwa hasła narodowe, wyssane z mlekiem matki, przekazywane z pokolenia na pokolenie, powtarzane na stadionach, w domach, przy stołach i przed telewizorami. W nich jest wszystko: duma, upór, ironia, nadzieja i ta charakterystyczna dla nas zdolność, by nawet po największym ciosie powiedzieć – gramy dalej.
Są mecze, po których człowiek siada, patrzy w ścianę i zastanawia się nad sensem istnienia futbolu. I są też takie, po których robi dokładnie to samo – tylko z lekkim, przekornym uśmiechem. Spotkanie Szwecja-Polska (3:2) w finałowym barażu o mundial zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Bo przecież nie przegraliśmy byle jak. Przegraliśmy z rozmachem, dramaturgią i scenariuszem godnym kina akcji , gdzie bohater walczy dzielnie, ale na końcu i tak dostaje napis „ciąg dalszy nastąpi”.
A skoro już o początkach mowa – to dopiero pierwsza porażka w tym roku. Pierwsza! Statystyka nadal wygląda świeżo, jakby ktoś ją dopiero wyjął z pudełka.
Co więcej, to pierwsza porażka w historii naszych barażowych występów. Historia została napisana – może nie złotymi zgłoskami, ale jednak. Pierwsza porażka za kadencji Jana Urbana? Proszę bardzo. Każda opowieść potrzebuje momentu przełomu. Nawet jeśli przychodzi on w najmniej odpowiednim momencie.
No i stało się – po raz pierwszy od 12 lat nie pojedziemy na mundial. Ale czy to rzeczywiście dramat? Spójrzmy na to uczciwie: ile razy człowiek zrywał się o świcie, żeby obejrzeć mecz, po którym przez pół dnia funkcjonował jak postać z trybu oszczędzania energii? Tym razem – kawa o ludzkiej porze, brak stresu, brak kalkulacji. Komfort, o którym nie wiedzieliśmy, że go potrzebujemy.
Zresztą, sportowo rzecz biorąc, byliśmy lepsi. Więcej strzałów, więcej posiadania piłki, więcej argumentów – zabrakło tylko jednego, tego najważniejszego. Ale za to potrafiliśmy dwukrotnie odrobić straty, pokazać charakter, udowodnić, że ta drużyna żyje. A że trzeciego powrotu już nie było? Nawet najlepszy scenariusz musi kiedyś powiedzieć „stop”.
Ale życie – jak to życie – toczy się dalej. Mundial obejrzymy bez stresu. Bez tego znajomego ścisku w żołądku, bez matematyki „co musi się stać, żebyśmy wyszli z grupy”. A jeśli mistrzostwa w ogóle się nie odbędą – cóż, będziemy jedynymi z tych, którzy nic na tym nie stracili.
Nasi piłkarze? Zasłużone urlopy. Słońce, cisza, regeneracja. Fundament pod sukces na EURO 2028 sam się przecież nie zbuduje. A my mamy swoje pewniki, których żadna porażka nam nie odbierze: Bodzio robi lepsze meble niż IKEA, Bajm jest lepszy niż ABBA, gołąbki wygrywają z klopsikami bez dogrywki, a nasze saneczkarki – no cóż, tu nawet nie ma o czym dyskutować.
Na koniec zostają rzeczy naprawdę ważne: Szczęsny bez kartki. Krychowiak z czystym kontem. Stałe punkty w niestałym świecie.
Ale jest w tym wszystkim jeszcze coś. Coś, co sprawia, że ta porażka nie zostawia tylko pustki.
Bo można przegrać i się rozsypać. Można przegrać i nic nie wynieść. Ale można też przegrać i zobaczyć drużynę – prawdziwą, walczącą, z charakterem. I właśnie to było widać. Była reakcja, była wiara, było odrabianie strat. To nie był zespół, który czekał na koniec. To był zespół, który chciał.
I dlatego decyzja, że Jan Urban zostaje, ma sens. Bo pierwszy raz od dawna coś zaczyna przypominać proces, a nie chaos. Widać kierunek, widać pomysł, widać drużynę, którą po prostu chce się oglądać – nawet jeśli jeszcze nie zawsze wygrywa.
Może więc brak mundialu nie jest końcem historii. Może to dopiero początek czegoś, co – jeśli dobrze pójdzie – naprawdę będzie nasze.
A my? My i tak będziemy tam, gdzie zawsze. Przed telewizorem, na trybunach, w rozmowach, w emocjach. Bo kibicowanie to nie tylko świętowanie zwycięstw. To też umiejętność bycia razem wtedy, kiedy boli.
Bo nieważne, czy wygrywają, czy przegrywają. Nieważne, czy jedziemy na mundial, czy zostajemy w domu. Te dwa zdania zostają z nami zawsze:
Polacy, jesteśmy z wami.
I wtedy, kiedy opadają emocje, kiedy milkną komentarze i gasną powtórki, wraca też drugie – równie ważne, równie nasze:
Polacy, nic się nie stało.

